WITAMY NA MIKROBLOGU



Miejsce na opinie, informacje, pochwałę lub zdrową krytykę.

Uwaga!
Wulgaryzmy oraz obraźliwe teksty będą usuwane automatycznie bądź przez moderatora.



Napisano: 14.03.2018


Napisano: 04.03.2017


Napisano: 25.07.2016


licznik 10160 - 25.07.2016
Napisano: 08.06.2015


licznik dalej nie działa skasowany po ok.8500 odwiedzinach :-( 4.06.2015
Napisano: 21.01.2015


Napisano: 21.01.2015


Napisano: 26.11.2014


notatka 26.11.2014r. odwiedzin 4457
Napisano: 18.11.2013


muszę wymienić licznik odwiedzin :-( ponownie skasowany na pozycji 1700 dnia 18.11.2013r.
Napisano: 16.08.2013


ponownie skasowany licznik :-( auuuu!!
Napisano: 16.08.2013


zapis kontrolny 5560 z dnia 30.07.2013r.
Napisano: 22.07.2013


zapis kontrolny 5425 z dnia 22.07.2013r.
Napisano: 12.12.2012


http://konieczny.natemat.pl/
Napisano: 12.12.2012


W architekturze liczy się myśl, a nie ściany
Napisano: 04.12.2012


[notatka] 4.12.2012r. :-) ponownie skasowany licznik z 004500 na 000025
Napisano: 17.05.2012


[notatka] 17.05.2012r. skasowano (!) licznik odwiedzin z pozycji 003420 na 001420
sacrebleu :-(
Napisano: 19.04.2012


"Książkę czytamy kiedy mamy na to czas.
Operę omijamy jeśli za nią nie przepadamy.
Muzykę emitowaną w radio możemy wyciszyć
ale architekturę oglądamy każdego dnia czy tego chcemy, czy nie.
Architektura kształtuje więc naszą świadomość piękna i ładu"

cytat z: ZA 1/2012
Napisano: 04.04.2012


kolejna myśl ... prawidłowe rozumienie słowa "antysemityzm" - zmieniło ono bowiem swe znaczenie: kiedyś antysemitą był ten, który nie lubił żydów, dzisiaj antysemitą staje się coraz częściej ten, którego żydzi nie lubią... Chyba istotna zmiana znaczeniowa - szczególnie w kontekście często stawianych zarzutów (pod każdym rzeczywistym lub tylko urojonym pretekstem) o antysemityzm.
Napisano: 26.03.2012


myśl z którą się zgadzam ... Brzydota w naturze jest niezmiernie rzadka. Systematyczna brzydota środowiska i architektury to wina ludzi. To nie rezultat braku kultury, przeciwnie – wynika ona z chaosu konceptualnego, z determinacji i upartego podążania za fałszywymi ideami, z niesłusznej i dekadenckiej ideologii kulturalnej. Buduj więc w taki sposób, abyś ty sam i osoby drogie twemu sercu odczuwały przyjemność, użytkując twoje budynki, patrząc na nie, żyjąc w nich i pracując, spędzając wakacje czy wreszcie starzejąc się w nich.
Napisano: 01.03.2012


Humor z lekka urbanistyczny.
Wiecie, dlaczego Mojżesz przeprowadził Żydów przez morze?

ano dlatego, że...
wstydził się przez miasto ...
Napisano: 13.02.2012


..."POKÓJ DWUOSOBOWY Z BEZPOŚREDNIM WEJSCIEM DO GARAŻU..."

.......... umarłem
Napisano: 13.02.2012


Obiekt który zmienił mój światopogląd
http://www.venusplaza.com.pl/
od tej chwili jestem za karą śmierci
WK
Napisano: 16.01.2012


Miejscowy plan zagospodarowania nie musi rządzić się zasadami logiki, nie musi szanować miejscowej tradycji, walorów krajobrazu, potrzeb lokalnej społeczności. Jest taki, jak ustalą urzędnicy. Mieszkańcy mogą wnosić uwagi, ale wszystko razem nie musi się opierać na przemyślanej koncepcji estetycznej czy społecznej. Szczególnie jeśli na jego kształt mają wpływ ustosunkowani inwestorzy.
amen
Więcej... http://wyborcza.pl/1,76842,10958233.html
Napisano: 19.12.2011


yhy, ... ja :-)
Napisano: 16.12.2011


Czyta to ktoś?
Napisano: 11.10.2011


Steve Jobs: Bądź głodny, bądź głupi.

Najsłynniejsza mowa została wygłoszona w 2005 r. na rozdaniu dyplomów na Uniwersytecie Stanford. Jobs mówił o swoim życiu, o karierze i o ludzkiej śmiertelności.
Nigdy nie ukończyłem college'u. Prawdę mówiąc, nie zaszedłem w mojej uczelnianej karierze dalej niż tu i teraz. A teraz właśnie chcę wam opowiedzieć trzy historie z mojego życia. Spokojnie, tylko trzy.
Pierwsza historia będzie o tym, jak poskładać do kupy te klocki.
Reed College rzuciłem po pierwszym półroczu, ale zanim naprawdę odszedłem, byłem jeszcze półtora roku wolnym słuchaczem. Więc dlaczego rzuciłem uczelnię?
To się zaczęło przed moim narodzeniem. Moją biologiczną matką była niezamężna studentka, która postanowiła oddać mnie do adopcji. Chciała mnie oddać komuś z dyplomem, więc wszystko załatwiono tak, żebym przy urodzeniu był adoptowany przez jakiegoś prawnika z żoną. Tyle że kiedy pojawiłem się na świecie, oni zdecydowali w ostatniej chwili, że wolą dziewczynkę. Więc moi przyszli rodzice, którzy byli na liście oczekujących, usłyszeli w środku nocy: "Mamy dziecko, chłopczyka, chcecie?". "Jasne" odparli. Biologiczna matka dowiedziała się, że moja matka nie ukończyła college'u, a ojciec nawet liceum, więc nie chciała podpisać dokumentów adopcyjnych. Ustąpiła po paru miesiącach, kiedy moi przyszli rodzice obiecali, że będą mnie kształcić.
Więc po 17 latach trafiłem do college'u. Naiwnie wybrałem uczelnię kosztującą niemal tyle co Stanford i na czesne poszły całe oszczędności moich należących do klasy robotniczej rodziców. Po pół roku uznałem, że to bez sensu. Nie miałem pojęcia, co robić dalej w życiu ani jak miałby mi w tym pomóc college. Siedzę tu sobie i wydaję oszczędności ich życia. Wypisałem się więc w nadziei, że jakoś to będzie. To był koszmar, ale jak to teraz widzę, to była jedna z najrozsądniejszych decyzji w moim życiu. Jako wolny słuchacz mogłem opuścić to, co mnie nie interesowało, a chodzić na te wykłady, które mnie naprawdę ciekawiły.
Napisano: 11.10.2011


Nie było łatwo. Nie miałem akademika, spałem na podłodze u kumpla i żeby kupić sobie coś do jedzenia, sprzedawałem po pięć centów butelki po coli i co niedzielę szedłem dziesięć kilometrów do Hare Kriszna na coś gorącego. Ale to było wspaniałe. Bezcenna okazała się większość tego, z czym zetknąłem się, idąc za głosem serca i wrodzoną ciekawością.
Oto przykład.
W Reed College uczono wtedy kaligrafii, chyba najlepiej w kraju. Każdy plakat w kampusie i każda etykietka na szufladzie były pięknie wykaligrafowane. Ja wypisałem się i nie musiałem chodzić na normalne zajęcia, ale postanowiłem zaliczyć właśnie kaligrafię. Poznałem kroje szeryfowe i bezszeryfowe, dowiedziałem się o zmiennych odstępach między literami i zrozumiałem całą wielkość typografii. To było piękne, miało dla mnie historyczny i artystyczny wymiar, było czymś wykraczającym poza naukę, czymś fascynującym.
Nie miałem najmniejszej nadziei na wykorzystanie tego w życiu. Ale wróciło to do mnie, kiedy dziesięć lat później projektowaliśmy nasz pierwszy komputer Macintosh. Zaprojektowaliśmy wszystko na dzisiejszego Maca. To był pierwszy komputer z piękną czcionką. Gdybym nie zapisał się na tamten kurs jako wolny słuchacz, Mac nie miałby tylu krojów czcionek ani proporcjonalnych odstępów. Nie miałby ich żaden komputer osobisty, bo Windows skopiowały to z Maca. Gdybym nie wypisał się wtedy z college'u i nie zdecydował się na kaligrafię, komputery osobiste nie miałyby tak pięknych jak teraz czcionek. Trudno rzecz jasna połączyć spacje, kiedy się było w college'u. Ale to stało się najzupełniej jasne, patrząc wstecz po dziesięciu latach.
Powtórzmy, nie poskładamy klocków do kupy, patrząc wprzód, musimy patrzyć wstecz. Musimy uwierzyć, że łączą się one w naszej przyszłości. Musimy zaufać - że mamy jaja, przeznaczenie, karmę, cokolwiek. Nigdy mnie nie to zawiodło, a zaważyło na całym życiu.
Napisano: 11.10.2011


Druga opowieść jest o miłości i stracie.
Miałem szczęście, bo wcześnie odkryłem, co kocham. Projekt Apple zacząłem z Wozem w garażu rodziców - miałem 20 lat. Ciężko pracowaliśmy i przez dziesięć lat Apple urosło z naszej garażowej dwójki do dwumiliardowej spółki z 4 tys. pracowników. Wypuściliśmy właśnie nasz najlepszy produkt - Macintosh - rok wcześniej, a ja właśnie kończyłem trzydziestkę. I wtedy mnie wyrzucili. Jak można wyrzucić kogoś, kto to wszystko zaczął? No cóż. Jak Apple się rozrastało, musieliśmy wynająć kogoś, kto według mnie mógłby razem ze mną prowadzić spółkę i przez rok albo więcej wszystko szło dobrze. Potem nasze wizje przyszłości rozeszły się, poróżniliśmy się. Zarząd stanął po jego stronie. Więc mając 30 lat byłem znów na wylocie. Wszyscy to widzieli. Całe moje dorosłe życie zawaliło się i to mnie naprawdę załamało.
Przez parę miesięcy nie wiedziałem, co robić. Myślałem, że zawiodłem całe pokolenie przedsiębiorców - upuściłem pałeczkę, kiedy oni mi ją przekazali. Spotkałem się z Davidem Packardem i Bobem Noycem, próbowałem przeprosić za to, co spieprzyłem. Byłem jak na widelcu, pomyślałem nawet, żeby dać nogę. Ale nagle zaczynałem coś pojmować - że kocham to, co robię. Nie zmieniło tego na jotę to, co się stało z Apple. Odrzucili mnie, ale ja ich ciągle kochałem. Postanowiłem zacząć od nowa.
Nie wiedziałem tego jeszcze, ale jak się okazało, wywalenie z Apple było najlepszym, co mogło mnie spotkać. Ciężar sukcesu zastąpiła lekkość początku, kiedy nie wie się, co nas czeka. Uwolniło mnie to i wkroczyłem w najbardziej twórczy okres mojego życia.
W następnych pięciu latach stworzyłem spółkę NeXT i kolejną, Pixar, a potem zakochałem się w niezwykłej kobiecie, która została moją żoną. Pixar stworzyła Toy Story, a potem pierwszy komputerowo animowany film z ludzką obsadą i jest teraz najlepszym studium animacji w świecie. Co zabawne, kiedy Apple kupiło NeXT, wróciłem do Apple i technologia, którą rozwijaliśmy w NeXT, jest teraz podłożem renesansu Apple. A Laurene i ja stanowimy świetną parę.
Jestem niemal pewien, że nic takiego nie zdarzyłoby się, gdyby mnie nie wyrzucili z Apple. Lekarstwa są niesmaczne, ale pacjent naprawdę ich potrzebuje. Czasem dostajesz cegłą po głowie, ale nie trać wiary. Wiem na pewno, że przy życiu utrzymała mnie miłość do tego, co robię. Musimy pojąć, co kochamy, tak samo w pracy, jak w miłości. Praca wypełnia większość naszego życia i nie osiągniemy prawdziwej satysfakcji jeśli nie zrobimy czegoś, co uznajemy za wielkie. A zrobić coś wielkiego możemy tylko wtedy, kiedy to kochamy. Jeżeli nie wiemy jeszcze, co to jest, szukajmy tego. Nie ustawajmy. Kiedy znajdziemy to coś, będziemy wiedzieli jak w każdej miłości. I jak w każdym prawdziwym związku, będzie coraz lepiej w miarę upływu lat. A więc szukajcie. Nie ustawajcie w poszukiwaniach
Napisano: 11.10.2011


Trzecia opowieść jest o śmierci
Kiedy miałem 17 lat, przeczytałem: "Gdybyś przeżywał każdy dzień, jakby to był twój ostatni, pewnego dnia okaże się, że miałeś rację". Zrobiło to na mnie wrażenie i przez następne 33 lata patrzyłem co rano w lustro, pytając się: "Jeżeli to jest mój ostatni dzień, czy chcę zrobić dziś to, co właśnie zamierzam?". Ilekroć odpowiedź brzmiała za długo "nie", wiedziałem, że muszę coś zmienić.
Pamięć, że wkrótce umrę, była najważniejszym instrumentem ułatwiającym mi podejmowanie kluczowych życiowych wyborów. Bo niemal wszystko, czego chce od nas świat - nasza duma, nasze obawy przed zbłaźnieniem się i porażką - nikną w obliczu śmierci, a zostaje tylko to, co naprawdę ważne. Pamięć o tym, że zaraz umrzesz, to najlepszy sposób na uniknięcie pułapki, która ci mówi, że masz coś do stracenia. Przed światem stoisz nagi. Nie ma powodu, byś nie podążał za głosem serca.
Rok temu wykryto u mnie raka. Prześwietlenie o 7.30 wykazało guza trzustki. Nie wiedziałem, co to trzustka. Lekarze uznali, że to prawie na pewno rak nieuleczalny i że nie pożyję dłużej niż trzy-sześć miesięcy. Doktor poradził mi, żebym wrócił do domu i pozałatwiał sprawy, co w ich języku znaczy, że mam szykować się na śmierć. Miałem więc powiedzieć dzieciom przez parę miesięcy wszystko, co zaplanowałem na dalsze dziesięć lat. Miałem też pozapinać wszystkie sprawy, żeby rodzinie było łatwiej. Miałem się pożegnać.
Przez cały dzień żyłem z tą diagnozą. Potem była biopsja - wsadzili mi endoskop do gardła, do żołądka i do wnętrzności , igłę do trzustki i wydobyli parę komórek raka. Byłem uśpiony, ale była tam moja żona, która mi powiedziała, że obejrzawszy je pod mikroskopem, chirurdzy zakrzyknęli z radości, bo to był rzadki, operacyjny rodzaj raka trzustki. Przeszedłem operację i mam się dobrze.
Byłem wtedy najbliżej śmierci - mam nadzieję nie bliżej niż w najbliższych dziesięcioleciach. Po czymś takim powiem wam coś, mając nieco większą pewność, niż kiedy śmierć była użytecznym, ale czysto umysłowym pojęciem:
Napisano: 11.10.2011


"Nikt nie chce umrzeć. Nawet ci, którzy chcą pójść do nieba, nie chcą umrzeć, żeby tam pójść. Śmierć czeka nas wszystkich. Nikt jej nie uniknie. I tak ma być, bo śmierć wydaje się najlepszym wynalazkiem życia. Śmierć przeobraża życie. Usuwa starych, by dali miejsce nowym. Teraz ty jesteś nowy, ale kiedyś, nie za długo, też będziesz stary i trzeba cię będzie usunąć. Przykro mi, ale taka jest prawda".
Dano ci czas i nie zmarnuj go, żyjąc cudzym życiem. Nie daj się zwieść dogmatom, co polega na życiu wedle tego, co wymyślili inni. Niech w hałasie cudzych głosów nie zatonie twój własny głos. I co najważniejsze, miej odwagę, by iść za głosem serca i duszy. One jakoś wiedzą, kim naprawdę chcesz się stać. Reszta jest nieważna.
Za młodu przeczytałem porywającą rzecz, "Whole Earth Catalog", to była biblia mojego pokolenia. Napisał ją facet stąd, z Menlo Park, nazywał się Stewart Brand, ożywił to tchnieniem poezji. To było pod koniec lat 60., przed epoką komputerów osobistych i desktopów - teksty powstawały z użyciem maszyn do pisania, nożyczek i polaroidów. To było jak Google na papierze sprzed Googli - idealistyczna nadprodukcja papieru i pięknych idei.
Stewart i jego ludzie wydawali wielokrotnie "Whole Earth Catalog", a kiedy wyczerpały się nakłady, wydali jeszcze jedno wydanie. To było w latach 70., ja byłem wtedy w twoim wieku. Na tylnym skrzydełku była fotografia wiejskiej drogi nad ranem, coś, co sama zobaczysz, jeśli się przejedziesz po swoim zadupiu. I podpis: "Bądź zawsze głodny, bądź zawsze głupi". To było ich cześć, pa, pa. Bądź głodny, bądź głupi. Zawsze tak chciałem. Teraz wy, którzy wkraczacie w nowe pouczelniane życie, bądźcie głodni, bądźcie głupi. Twego wam życzę z całego serca.

przeł. Sergiusz Kowalski

Źródło: Gazeta Wyborcza
Napisano: 08.08.2011


sacrebleu :-(

pokaż więcej